myślałam że ten cały wyjazd do domu będzie koszmarem, a tu zaskoczenie, nawet znośnie bo przetrwałam bez najmniejszego uszczerbku na psychice.. a zatem humor mi dopisuje, dzień cały mruczę sobie pod nosem, zbieram komplementy i mrużę swoje zajebiste oczy. oczy zwierciadłem duszy..
koniec końców mam więc zajebistą duszę..
jutro rano już będę jechać sobie do miasta aniołów.. kocham jeździć, kocham prowadzić, bujać się w rytm muzyki puszczonej wyjątkowo głośno, sprawia mi to niesamowitą frajdę.
jestem radosna na myśl o tym, że przytulę wreszcie po trzech dniach koty.. strasznie się stęskniłam.
mrucząco i jakoś nierzeczywiście się dziś czuję.
chyba oszalałam.
aaaa zapomniałabym o ostatnich dniach/tygodniach...
zasada nr 1: myśl szybko, mów wolno.
zasada nr 2: nie mów tak, póki nie usłyszysz ceny.
zasada nr 3: nie przegrywa się na własnym podwórku.
...złamałam wszystkie trzy zasady...
to już dzisiaj Wigilia, tak ?
w ogóle nie czuję tych świąt. jakby nic nie miało się wydarzyć.
ot, długi weekend poza krk. może do rana coś się zmieni... ?
zwątpienie sponsoruje ostatnie kilkanaście dni..
targa mną i rzuca na strony, przychodzi nie proszone i wkurwia.
niebywałe.
i to wcale nie tak, że odległość dzieli dwoje ludzi.. nie ona jedyna.
do tego dochodzi czas stracony niewspólnie.
robi się z tego niezłe równanie kwadratowe...
lepiej.
nie zwracam uwagi na elementy drażniące, zamykam się w kosmosie z moich myśli.
ale
ciągle łatwo mnie rozpłakać.
nadal łatwo się wzruszam.
po prostu, oczy na mokrym miejscu..
lubię ostatnio pisać przy placebo.. follow the cops back home..
wczoraj po pracy nie utrzymałam się w domu zbyt długo.
każdy pretekst był idealny.. spotkanie ludzi z wolontariatu, odebranie lizaka od T, spotkanie na rynku z D, niechęć do samo-bycia w domu bo pusto do soboty, bo K wyjechała..
argumenty nie do przebicia.
zgubiłam bańki mydlane w jrc.
rozmawiałam z ludźmi.
pomogło. czuję się lepiej niż wczoraj. znacznie lepiej.
nie mogę być teraz sama zbyt długo. nie radzę sobie z tym najlepiej. to po prostu nie jest jeszcze ten czas na radzenie sobie z czymkolwiek. nie mam niczego stałego.
stałego powiernika myśli, odbiornika odczuwania. bez stałości nadal będę niespokojna, smutna i rozlazła. nie chce być rozlazła. nie chce żeby dni uciekały na bezczynności, na więdnięciu w domu.
ale zdecydowanie nie jestem też goniącym szczurem. umiem powiedzieć dosyć. zawsze lubowałam się w wyznaczaniu sobie granic..
w tym drugim świecie oprócz znajomych miejsc zapachów znaków, jest też dziwnie, ludzkie oczy obserwują się zanadto. i wcale nie cieszy mnie obdarzenie zaufaniem i uznanie za "swoją".
plotki i krzywe uśmiechy nigdy mnie nie interesowały. ktoś lepszy, ktoś gorszy, ten przyszedł o tej, a tamta sama, a widziałaś jak...
wolę pomilczeć. czasem jednak cisza aż dźwięczy w uszach. nikt tam jednak nie zna mnie naprawdę.. to dodaje mi odwagi. i dzięki temu tam wracam i zawsze czuję się dobrze.
u siebie.
wreszcie zeszłam z tej huśtawki.
pozostały tylko miękkie nogi i lekkie zawroty głowy.
stanęłam pewnie, na gruncie spokojnego "wszystko będzie dobrze", wypowiedzianego głosem, który kocham najbardziej na świecie..
wreszcie się wyspałam. chyba pierwszy raz od tygodnia.. pełne 8 h. cudowne uczucie zmarnowanego całego do południa.. od trzynastej świat płynie w rytmie cichutko cudownej Beth Gibbons. mam czas, żeby powoli zrobić to wszystko, co pozwala mi cieszyć się potem wolnymi chwilami..
od rana w głowie falujące Portishead -Roads..
a dziś już spokój. gładki. pozwalam żeby wszystko płynęło swoim własnym torem.. niech się dzieje.
plany sylwestrowe wstępnie ogarnięte.. jednak ktoś tam mnie jeszcze lubi i pamięta o mnie..
nie chciałabym być sama w taki dzień. zakończyć w sumie nawet fajny rok zalana łzami. no way.
kraków to jakby drugi świat. trudny. uczy pokory i spokoju.
poznań był łatwiejszy. jakoś tam samo się wszystko działo. płynęło.
poukładam to wszystko. za trzy lata będą już na to środki. teraz takie trochę zawieszenie, odkładanie marzeń..
spokój pomaga w drodze do celu, a pewność że to się wydarzy pomaga otwierać oczy i dłonie każdego poranka.
cudowna rzecz się stała.
wczoraj zobaczyłam pierwszego anioła na rondzie grzegórzeckim jak wracałam z pracy!
objechałam to rondo trzy razy wkoło, bo tak się ucieszyłam że anioły wróciły do miasta k.
brakowało mi ich strasznie. bałam się nawet że się już nie pojawią wcale..
kilka chwil temu zamknęłam lęki i obawy ostatnich dni, ostatnich lat.
tym razem wiem, jak to jest ważne. nie pozwolę, żeby to co ważne, rozpłynęło się we mgle.
zostanie ze mną, we mnie i ja w tym.
nie jest to powierzchowne i płytkie.
będę żyć.
kolejna noc nieprzespana.
bezsenność staje się do dni kilku regułą..
nocny rutuał dyskretnego przyćmionego światła
po cichu..
zaparzam herbatę z bergamotką. najlepsza na noc.
poranek wstał spłakany łzami nieba.
z mojego okna widać czerwone dachy kamienic. śliskie od deszczu.
nie moje choć tymczasowo w moim miejscu na ziemi..
spacer do muzeum z T.
Turner podobał się. metafizyczny jest. mglisty.
nie mogłam się skupić, ale sądzę że odebrałam przekaz..
rozmowa i rozgryzanie się. taktycznie, swobodnie. pojawił się nawet szczery uśmiech na jego twarzy.. pozostaje mi jak zawsze głowa pełna pomysłów, czekanie i wiara, że na wszystko jest odpowiednia pora.
bo jest. i ja to wiem..
niektóre rzeczy robimy z rozsądku, a mój podpowiada mi cały czas co mam robić - "proszę się zatrzymać, proszę nie biec tak, nie gnać ciągle donikąd, nie uciekać od samej siebie, proszę nie pić tak wiele alkoholu, proszę nie rzucać się tak łapczywie na rzeczy, raczej je kosztować delikatnie, po kawałeczku..."
sama czuję jak wir imprezowania wykańcza mnie. i aby być rozsądną, przez ten tydzień wracam grzecznie po pracy do pustego mieszkania.
ostatnie tygodnie.. imprezowanie, ciągły ruch, bycie z ludźmi.. to też był rozsądek.. zabijanie ciszy, myśli..
ubieram siebie, swoją szarość i doły pod oczami w gwar muzyczny koncertowy, w cudzy dym papierosowy, cudze wznoszenie toastów, cudze żarty, cudze życie. przenikam tym dla sztucznego poczucia bezpieczeństwa..
może to lepsze niż własna pustka.
za godzinę jadąc autem
każdy metr bliżej domu uświadomi mi, że jeżeli nawet można uciec od siebie, to tylko na krótką chwilę..
"Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja."
Jakub Żulczyk "Ślepnąć od świateł"
nauczyłam się dziś, że można nie płakać.
ostatni tydzień był pełny wody na poduszce, spuchniętych oczu, bólu.
coraz mniej we mnie łez, coraz słabiej muszę zaciskać zęby, żeby je powstrzymać.
wystarczy przywołać na pomoc rozum – zgasić myśli w sobie. stłumić w środku. i potem wystarczy oddychać.
i chociaż jego to pewnie ucieszy i uspokoi,
a tak naprawdę to tylko moje pogodzenie się z tym co będzie. nieodwracalne.
przerażające.
myślę o tym co będzie jak za chwile zapadnie ostateczna decyzja łamiąca nadzieje,
nie moja tym razem..
czasami łatwiej nie walczyć. łatwiej zmęczyć się. poddać. wszystko zmienić. po swojemu. bez nikogo obok.
przełamuję się. boje się, że będę musiała zakopać złe i dobre dni. zapomnieć.
mam talent do rozlewania wspomnień jak herbaty
unieważniania, przegapiania.
pogubione dni, tamte wyjazdy magiczne, chwile ciepła, chwile krzyków, dotyków, dreszczy, oddechów, zapachów, cierpienia i tysiące uśmiechów..
nie mogę sama trwać z tymi myślami.. codziennie nimi oddychać..
strach, stukot kół samochodu, kołysanie. oddech. stop. dotyk bruku pod stopami.
jedna decyzja. siła, wiara. chęć, pragnienie, zacięcie.
nowy początek. pozostało mi samo oczekiwanie..
